Moja Twórczość ♥

Na początek opowiadanie:
                                        
Ona basistka,zawsze wierna,kochająca żona i troskliwa matka.On spełniony zawodowo rock owiec,pokreślający na każdym kroku swojej kariery,że najważniejsza jest dla niego muzyka.3 września 2007 roku stanęli na ślubnym kobiercu w Kolorado by przyrzec sobie miłość na zawsze.Stało się to po koncercie jego zespołu…Była to szybka i spontaniczna decyzja.Byli młodzi i głupi.Pozbawieni resztki rozumu.Teraz dorośli do podejmowania tak ważnych decyzji.Może nie mieszkaliby teraz razem,gdyby nie fakt,że są rodzicami niespełna trzyletniej Bandit.Wokół ich związku było wiele sprzecznych opinii.Chyba wiecie o kim mowa?Tak,to on.Trzydziestoczteroletni lider zespołu My Chemical Romance.Gerard Way,czyli rockman kochany przez tysiące młodych dziewcząt na całym świecie.Kiedyś tekściarz,śpiewający o mrocznych stronach człowieka i cywilizacji.Dziś kochający ojciec.Ale niekoniecznie mąż…Może przejdźmy do rzeczy…Gerard ma o trzy lata młodszego brata.Mikey już w dzieciństwie był skryty.Małomówny za to utalentowany.W przeciwieństwie do Franka nigdy nie był świrem…W pozytywnym tego sensie znaczeniu…Zawsze twierdził,że zostaje w cieniu talentu brata.Nikt by nie pomyślał,że Mike będzie w stanie zrobić coś tak strasznego rodzonemu bratu.Krótko mówiąc.Fani zawsze kochali cały zespół.Mikey wiedział,że ma tłum wiernych fanów,którzy  na koncertach tylko czekają aż wejdzie na scenę.Lecz to nie do końca mu wystarczało…Chłopaki z zespołu właśnie przygotowywali się do kolejnego koncertu.Gerard przypalał ukochane malboro czerwone na schodach sceny.Frank regenerował siły,popijając czarną z mlekiem.Ray jak zawsze musiał mieć wszystko zapięte na ostatni guzik.Więc kończył nastrajać gitarę…Na widowni zaczęły pojawiać się wierne fanki.Co prawda do koncertu została jeszcze dobra godzina,ale najwierniejsze dziewczęta chciały podziwiać przygotowania kapeli…Gerard zgasił papierosa i wszedł na scenę.Jak zawsze speszył się na widok młodych dziewcząt wrzeszczących do niego…Podszedł do półżywego (widocznie jedna kawa niewiele zdziałała) Franka.-Nie widziałeś Mike’a?-spytał,uśmiechając się do niego.-Rano,kiedy rozmawiał z Lisandy.Był dziwnie wesoły i energiczny.Liz odeszła od niego po paru minutach.Dość szybko.I…-Frank spuścił głowę.-I chyba płakała.-Płakała?Ale czemu ?Może znowu palnął coś głupiego . Jak to Mikey .-Gerard odgarnął czerwone włosy i znów spojrzał w stronę fanek …-O ile się nie mylę ,to pokazywał jej jakieś zdjęcie . Pewności nie mam . Gerry, wybacz,ale muszę po jeszcze jedną kawę.Chcę dać czadu na koncercie..!-Frank,udał się w stronę wyjścia.Gerard ruszył w stronę wcześniej odwiedzonych schodów z przekonaniem,że Mikey zaszył się w jakimś barze mlecznym.Ciągle uważał go za dziecko. Mimo iż Mike miał już ponad trzydzieści lat…Z oddali zauważył blond włosą  postać. Zauważył,że to jego brat po ciemnych okularach i czarno-żółtym t-shircie.Gerard podbiegł do blond włosej postaci.Mikey zignorował brata.Szedł powoli lekceważąco patrząc na muzyka.Gerard stał wpatrzony jak Mike oddala się od niego. Czuł,że między nimi było coś co poróżniło ich dotychczasową braterską więź.Podczas koncertu fanki śpiewały z zespołem każdy wers.Gerard poniesiony przez muzykę ciągle patrzał w stronę Frankiego .Ten próbował ignorować spojrzenia z jego strony.W czasie kawałka ‘Welcome To The Black Parade’za Gerardem miał się pojawić obraz umierającego człowieka.Zamiast niego pojawiło się video,na którym byli Gerard i Frank.Był to film nagrany jeszcze na początku kariery zespołu.Gerard nie znał wtedy Lyn-Z…Wideo przedstawiało chłopaków kiedy to Gerard całował Frankiego w policzek.Publika zamarła.Patrzyła zarówno na wokalistę jak i gitarzystę zespołu z dużą rezerwą.Zapadła cisza.Głucha cisza.Frank spojrzał kątem oka na Gerarda.Ten przysunął mikrofon próbował wydusić z siebie choć jedno słowo.Tłumaczył,że owszem dużo go łączy z Frankiem,ale to tylko przyjaźń.A ten całus był całkowicie niewinny.Wszyscy fani rozeszli się w dalszej ciszy.Frank rzucił gitarę i wybiegł ze sceny.Ray rzucił groźne spojrzenie w stronę Mike’a i pobiegł za nim.Gerard ciągle stał na scenie nie mogąc uwierzyc w to co zobaczył.Mike poczuł dziwne ukłucie  w sercu.Sądził,że to zakończy karierę brata na zawsze.Ale w głębi serca czuł,że popełnił wielki błąd.Lyn-Z odeszła od rockmana zabierając małą Bandit.Frank rozpoczął solową karierę gitarzysty i grywa teraz w kafejkach i barach.Ray zszokowany całą zaistniałą sytuacją zaszył się gdzieś na obrzeżach San  Francisco.Mike wciąż żałuje popełninego błędu…Czy My Chemical Romance powróci na scenę w tym samym składzie?Liczyny na to,ale pewności nie mamy…

Kiedy odchodzi Twój idol czujesz pustkę w sercu i cierpisz.Ta muzyka dawała Ci siłę do życia.Pozostaje Ci tylko muzyka i pamięć,jaki był wspaniały.Podobnie jest wtedy,kiedy,ktos kogo podziwiasz zakańcza karierę…Tak było i w tym przypadku.Wierni fani zespołu My Chemical Romance twierdzili,że już nie posłuchają ukochanej kapeli w dawnym składzie.Jednak ta czwórka chłopaków z New Jersey nie potrafi żyć bez siebie.Oni kochają muzykę.To przez nią wyrażają siebie.To w końcu wieczne dzieciaki.Za to fani ich kochają.Takie pozytywne świry...
Wszystko zaczęło się w pochmurny wieczór na ulicach New Jersey.Gerard Way szedł wolnym krokiem trzymając w ustach jedną z najbardziej znanych nam użyek.Miał dziwne uczucie,jakby wszyscy otaczający go ludzie patrzyli na niego z rezerwą.Czuł się jak przed laty,kiedy wieksza część społeczeństwa uważała go za wariata,tylko dlatego,że wierzy w nadprzyrodzone zdolności… Od zawsze mówił,że trzeba być  sobą.Ale w takich chwilach tego żałował.Czubkiem conversa kopnął ,leżący na chodniku kamyk.Zszedł na ulicę,mając nadzieję,że jakiś wariat nie zdąrzy zahamować i uderzy w niego.Nie,on nie miał myśli samobójczych.To była tylko nadzieja.Nie miał odwagi by samemu odebrać  sobie  życie…Wolał by ktoś zrobił to za niego.W pewnym momencie stanął na środku ulicy.Sam nie wiedział dlaczego.Usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Ani myślał się ruszyć.Odwrócił się by zobaczyć markę samochodu.Nie mógł go nie rozpoznać.Był to samochód znienawidzonego przez Gerarda brata Mikey’ego.Ale on nie wierzył,że to przypadek.Może to właśnie jego brat miał odpowiadać za śmierć brata.Tego nikt nie wiedział.Istniały tylko domysły…Auto zatrzymało się z piskiem opon.Gerard stał ciągle w tym samym miejscu.Wyglądał na osłupialego widokiem brata.Żadnej reakcji ze strony Mike’a.Zachowywał się jakby zależało mu na tym by Gerard odsunął się na bok i dał mu swobodnie przejechać.Machnął ognisto czerwonymi włosami uniósł brwi.Otworzył szerzej głębokie,piwne oczy.Zadarł nos do góry,po czym wysunął rękę z kieszeni.Wyciągnął środkowy palec i odsunął się na chodnik,pokazując ,że lekceważy brata i daje mu wolną drogę.Kiedy samochód odjeżdżał zgasił papierosa,zgniatając go w dłoni i rzucił nim w stronę samochodu.Uśmiechnął się i ruszył dalej.Przechodził przez kolejną ulicę,kiedy usłyszał znajomy głos.Dochodził on z baru koło,którego Gerard przechodził.Spojrzał przez zamazaną szybę,by sprawdzić kto to może być.Nic nie zobaczył…Musiał wejść do środka.Otworzył drzwi,które lekko skrzypnęły.Nie wiedział co za nimi znajdzie,ale ciekawość była w tym momencie ważniejsza niż rozum.Za malutkim barem była niewielka scena.Całe wnętrze było podniszczone.O dziwo na scenie nikogo nie było.To niby skąd te głosy?Usiadł przy jednym z najbliższych stolików.Założył nogi na stół i wypatrywał przyjścia kogokolwiek na scenę.Chwilę później zza baru wyłoniła się czarnowłosa postać.Miała dość dużo tatuaży na rękach.Czarny przeważał w jej stroju.W pierwszym momencie Gerard nie mógł uwierzyć własnym oczom.To był on.Frank Iero.Jego dawny przyjaciel.Frank od razu rozpoznał Gerarda.Kiedy tylko wszedł na scenę spojrzał w jego stronę.Zaparło mu dech na jego widok.Frank zagrał parę utworów na gitarze.Zaśpiewał parę piosenek i wyszedł z baru.Mijając Gerarda spojrzał ze smutkiem w jego stronę.Widocznie już wcześniej miał nadzieję,że się spotkają.Kiedy tylko Frank opuścił lokal, wyszedł za nim.O dziwo na zewnątrz nikogo nie było.Pomyślał,że mógł podejść do niego.Przecież miał okazje.I…Zmarnował ją.Bądź co bądź przynajmniej go zobaczył.Postanowił wrócić do domu.Wszystko przemyśleć.Spotkanie po pięciu miesiącach rozłąki Franka i Mike’yego w jednym dniu to dla niego za dużo.Za dużo jak na jeden dzień.Potrzebował czasu.Szedł koło sklepu z komiksami.Chciał wstąpić,ale zrezygnował.Bał się,że i tam zdarzy się coś czego się nie spodziewa. Ponownie szedł środkiem ulicy.Doszedł do wniosku,że może tym razem się uda…Znów usłyszał dźwięk nadjeżdżającego auta.Miał de za vi .Ale tym razem nie mógł być to Mike.Kierowca jechał czerwoną Corvettą.Taki samochód od zawsze był marzeniem Gerarda.Jechał dość szybko.Nie usłyszał pisku opon,więc miał pewność,że samochód się nie zatrzymał.Reszty nie pamięta.Usłyszał tylko dźwięk karetki.Słyszał jakieś głosy.To musiał być lekarz.Mówił o ciężkim stanie pacjenta.Gerard wiedział,żę to o nim mowa.Obudził się następnego dnia.Leżał w szpitalnym łóżku.Miał na sobie białą,kobiecą piżamę.Uważał ją za bardzo wygodną…Na małym stoliczku obok łóżka leżała bombonierka,jakieś kolorowe pisemko i jego komórka.W wazonie stały czerwone róże.Gerard czuł się jak bohater albumu My Chemical Romance.Rzecz jasna mowa o ‘The Black Parade’z 2006 roku.Była w nim mowa o umierającym człowieku,który walczy z chorobą o życie i w końcu odchodzi ze swiata żywych.Co prawda,on nie sądził ,że umiera…A może już umarł i powrócił do żywego świata  w innym wcieleniu?To wyjaśniałoby fakt,bombonierek na stoliku….Gerard próbował się podnieść,ale nic z tego.Po paru chwilach zorientował się,że w drzwiach od szpitalnej Sali stoją Frank i Lisandy.Liz na widok,że Gerard obudził się poczuła się lekko speszona tym ,że patrzy się na niego.Wyjęła z granatowej torby animowany komiks.Frank na jego widok,poczuł,że mówiąc o Gerrym jak o wiecznym dziecku miał rację.
-Liz?Frank?Co wy tu robicie…???Dlaczego tu leżę?Co się stało?Auuu,moja głowa.-Gerard mówił tak szybko,że Lyn-Z uśmechneła się tylko w odpowiedzi.-Tęskniłem za Tobą.
-To było do mnie czy Liz?-spytał Frank,po czym podszedł do łóżka.Wskazał na bombonierkę.-Nie ruszyłeś?A ja wybierałem.-Spuścil głowę i uśmiechnął się pod nosem.-Od Ciebie?Dzięki.No,ale bombonierka?
-Mieli to albo zapiekankę.No chyba mi nie powiesz,że wolałeś jakąś kanapkę?!
-No,nie kanapek odpada.-Odpowiedział i ponownie uśmiechnął się w stronę Lisandy.
Po wyjaśnieniach w jakich okolicznościach Gerard znalazł się w szpitalu i dlaczego przyszli rozmowa ucichła.Frank,oznajmił,że pójdzie do lekarza zapytać kiedy Gerry będzie mógł się wypisać.Liz została u boku męża.Rozmawali dość długo.Tłumaczyła mu,że zrozumiała sytuację z tym zdjęciem.Że to rzeczywiście nic takiego.I że rozumie,że zależy mu na Franku.W końcu Liz nie zawsze będzie go rozumiała we wszystkich sprawach.A przyjaźń jest ważna w życiu każdego człowieka.
Minęły kolejne dwa miesiące.Gerard jeszcze obolały wrócił ze szpitala.Lisandy wraz z malutką Bandit wróciły do domu.Cieszył się,że ponownie ma obok siebie dwie najważniejsze kobiety swojego życia.Może ta druga to jeszcze nie w zupełności kobieta.W dalszych planach Gerarda leży pozbieranie My Chemical Romance.Leżąc w szpitalu przemyślał dużo spraw.I teraz wie,ze nie może żyć bez muzyki.To ona daje mu siłę do życia…



Jako,że Gerard Way to uczciwy człowiek,mówiąc,że za wszelką cenę przywróci My Chemical Romance na scenę miał rację.Chciał by cała czwórka ponownie stanęła obok siebie i dzieliła się muzyką.Jak sam twierdzi,nie należało to do łatwych rzeczy.Wszystko zaczęło się ciepłego,wiosennego ranka w domu państwa Way’ów.Lisandy przetarła oczy,leżąc w łóżku.Spojrzała w swoją prawą stronę mając nadzieje,że zobaczy męża leżącego tuż obok niej.Tak,nie było…Wstała zarzuciła na siebie biały,jedwabny szlafrok.Usiadła na łóżku zastanawiając się gdzie może być  jej małżonek.Po krótkiej chwilii ruszyła w stronę pracowni Gerarda.Otworzyła obklejone rysunkami drzwi i zajrzała do środka.Zobaczyła Franka i Gerarda siedzących przy stole,na którym Gerard tworzy swoje prace.
-A więc tu jesteś.Frank,miło Cię widzieć.Co tu robicie o szóstej nad ranem?-zapytała Liz zakładając rękę na talię i podnosząc głowę do góry.Twierdziła,że to doda jej powagi.
-Ooo,skarbie.Witaj.Mamy z Frankiem świetny pomysł!Wiemy już jak przywrócić pełen skład naszego zespołu…Przepraszam,zasiedzieliśmy się.Nasze geniusze musiały napoić się dużą dawką kawy za nim wpadły na tak genialny pomysł.A więc…Mikey jest czuły na ludzką krzywdę.W końcu bez powodu nie podkreśla,że kocha jednorożce…A Ray szybko wybaczy.Żeby do nich zadzwonić musimy mieć poważny powód.-Gerard odgarnął włosy i w pospiechu zaczął szukać czegoś po kieszeni.
-Nasz plan jest prosty.Zadzwonimy do Mike’a i Ray’a i powiemy,znaczy ja powiem,że Gerard z powodu rozpadu zespołu chce popełnić samobójstwo.No i oni przyjadą…-dodał Frank i spojrzał w stronę Gerarda,który ciągle czegoś szukał.Wyciągnął z kieszeni małego papierosa i i zaczął się śmiać.
-Są w salonie,na stoliku.-Liz wskazała palcem w stronę pokoju.
Gerard podrapał się w głowę.Poczuł się trochę niezręcznie.Ale na myśl,że zagra z zespołem nie tracił optymizmu…Liz odeszła,dodając,że niech robią co chcą.Twierdziła,że sami dojdą do porozumienia.
Następnego dnia,późnym popołudniem Frank przyszedł do Gerarda by wprowadzić ich plan połączenia zespołu w życie.Frankie wyciągnął z kieszeni spodni komórke.Wystukał numer do Mike’a i zadzwonił.Minęło trochę czasu zanim Mike odebrał.
-Mikey?Stary sytuacja alarmowa!Gerard chce popełnić samobójstwo!Stoi na krawędzi balkonu i krzyczy,że skoczy.Nic do niego nie dociera.Mówi,że jego życie skończyło się kiedy rozpadł się zespół.Musisz tu przyjechać!Nie wiem co robić!-Frank mówił to z uśmiechem na ustach.Lubiał nabierać ludzi.Szczególnie jeśli chodziło o coś powaznego…
-Co?!Zaraz przyjadę jestem niedaleko.-Mike rzucił słuchawkę.
Frankie zaśmiał się i wykręcił kolejny numer.Tym razem do Ray’a.Kiedy ten odebrał Frank opowiedział mu to samo co wcześniej Mikey’emu.Zza pokoju wyjrzał Gerard.Przysłuchiwał się z zaciekawieniem rozmowy.Frank odłożył słuchawkę.Jeszcze raz się zaśmiał i dał Gerardowi znak,że zaraz będzie tu Mike.Lisandy z małą Bandit udała się do swojej przyjaciółki.Nie chciała być świadkiem wygłupów męża.Minęło parę minut.Ktoś zapukał do drzwi.Frankie podbiegł do nich ,by wyglądało,że sytuacja jest naprawdę poważna…Mikey zapytał tylko gdzie jest jego brat.Kiedy Franki wskazał mu stronę ten szybko pobiegł i stanął w drzwiach.Przeraził się na widok Gerarda.Jego brat miał na sobie czarną kurtkę i spodnie tego samego koloru.Czerwone włosy spadały mu na twarz przysłaniając oczy,które były wpatrzone w daleki i nie widoczny dla niego obiekt.Mike podbiegł do brata.Chwilę później w drzwiach od pracowni stanął Ray.Tej miny jaką zrobił na widok Gerarda,który chciał skoczyc był nie do opisania…Ray poczuł zmieszanie i ból w jednym.Tak jak Mikey stanął przy Gerardzie i obserwował zachowanie basisty.Mike próbował namówić brata,żeby nie skakał.Prosił i prosił.Po kilku minutach Gerard ostrożnie zszedł z poręczy balkonu.Uśmichnął się do Ray’a i Mike’a.Podszedł do Franka.Ten wyciągnął zza siebie małą kamerkę.Pokazał ją nadal zdziwionemu Mikey’owi.
-Heh,ale,żeście wpadli.!-Wrzasnął Gerard i zaczął się głośno śmiać.Wytłumaczył zdziwionemu bratu,ze to wszystko było ustalone.Mike i Ray odetchnęli z ulgą.Po całym zdarzeniu chłopaki udali się do pobliskiej pizzerii by zaspokoić głód i obgadać dalsze losy My Chemical Romance…To dowód na to,że spotkamy jeszcze ten rockowy zespół na jednej scenie…


Żeby zespół pogodził się Gerard i Frank musieli knuć spisek przed swoimi kumplami…Frankie to lubi,ale Gerardowi okłamywanie własnego brata na leży na sercu…Po miłym spotkaniu składu kapeli w pizzerii wszystko wróciło do normy.Gerard ponownie spędzał noce na pisaniu tekstów kolejnych utworów dla My Chemical Romance.Mikey zajął się załatwianiem formalności.W końcu grupa musiała mieć wielki powrót po tych paru miesiącach….Frank i Ray umówili się na spotkanie z producentem.Dopiero co ponownie weszli na scenę muzyczną a już chcieli nagrywać kolejne teledyski.Gerard miał już pomysł na koncepcję kolejnego albumu.Wszystko układało się idealnie.Chłopcy mieli pod koniec miesiąca zagrać pięć koncertów.Cały zespół był w pełni gotowy by dostarczyć fanom pozytywną dawkę energii.Nadszedł dzień pierwszego koncertu od czasów rozłąki kapeli…Gerard pod okiem Lisandy dobierał strój na wystep.Nie chciał szokować wyglądem.Nic z tych rzeczy.Po prostu twierdził,że po tych kilku miesiącach musi zmienić troszkę image.Wsunął czarno-czerwoną kurtkę na plecy.Poprawił kołnierz i wyciągnął z pod niej włosy.Spojrzał w stronę Franka,który nastrajał gitarę.Usmiechnął się w jego stronę,mrugając prawym okiem.Frankie odchylił głowę do tyłu  i również się uśmiechnął.Chwilę później do Gerarda podszedł Mikey.W ręku trzymał zniszczoną gitarę.Po policzku Mike’a spłynęła łza.Gerard wiedział jak ważna była dla jego brata.Traktował ją jak piątego członka zespołu…A teraz,ktoś bezczelnie ją zniszczył…Frank podbiegł do Mike’a.Otworzył usta i klepnął Mikey’ego w ramię.Chwilę później na horyzoncie pokazał się też Ray.On także był zaszokowany zaistniałą sytuacją.Mikey czuł jakby ktoś wbił mu nóż w plecy.Do koncertu zostało jeszcze półtorej godziny…Mike nie mógł zagrać na koncercie.Co mieli zrobić chłopcy bez głównego basisty?!Wszystko szło tak dobrze…A tu taka katastrofa…Mike padł na kolana ciągle trzymając gitarę w rękach.Frank próbował go pocieszyć,ale to na nic.Nagle Gerard usłyszał czyjeś kroki.Z początku myślał,że to Alicia,żona Mikey’ego.Często przychodziła by życzyć mu powodzenia przed koncertem.Ale to nie była ona.Gerard odwrócił się.Spojrzał w swoją lewą stronę.To z tamtąd dochodziły kroki.Zszedł ze sceny.Usłyszał męski,poważny głos.W pewnym momencie znieruchomiał.Twierdził,że to tylko jego wybujała wyobraźnia podpowiada mu,że ten głos może należeć do jego dawnego kolegi.Nie tylko kolegi,ale też byłego perkusisty zespołu.Ponownie odwrócił się.Tuż przed nim stał dość wysoki blondyn.Od razu rozpoznał tę twarz.Był ubrany w aksamitną,granatową kamizelkę.O ile się nie mylił pochodziła z Tokio.Kto jak kto,ale Gerard znał się na odzieżowych wyrobach.
-Nie wierzę.Chyba jestem lunatykiem.Frank!Uszczypnij mnie!Mam dziwny sen…Bob?To ty??-spytał z nie dowieżaniem.Po krótkiej chwilii do Gerarda przybiegł Frankie.Stanął zdziwiony tym co widział.Przekrzywił głowę na lewą stronę.Zaczął nerwowo mrugać oczami.W końcu upadł na ziemię z wielkim łomotem.Gerard przykucnął przy nim.Poklepał go parę razy po twarzy,ale to nie wystarczyło.Zawołał nerwowo Ray’a.Ten przyszedł z malutką Cherry na rękach.Tak,dziecko mogło zdziałać cuda.Dziewczynka zaczęła wołać o pomoc.Frank szybko się podniósł.Wziął Cherry od Ray’a patrząc na niego z dystansem.Gerard zaśmial się głośno i hałaśliwie.Niczym 5-letnia dziewczynka.Całej sytuacji wciąż przyglądał się Bob Bryar-były perkusista zespołu.Nikt wcześniej nie zauważył,ale trzymał on gitarę Mikey’ego w rekach.Drugą gitarę.Mike zbiegł ze sceny.Przywitał Boba i wziął gitarę.Tak,to było dziwne.Najpierw Mike płakał ,bo zniszczyli mu instrument.Teraz jakby nigdy nic bierze inny od Boba,kórego nie widział przez parę dobrych lat.To było dziwne i to bardzo…Ale kto by zrozumiał Mike’a?No,właśnie nikt.Kiedy to już Frankie oprzytomniał,zespół wrócił na scenę.Wytłumaczyli sobie zaistniałą sytuację.Zaprosili Boba,by zagrał z nimi.Zgodził się.Dali niezapomniany koncert…Od tamtej pory zespół My Chemical Romance trzyma się jako piątka zwykłych chłopaków z New Jersey.Może i szóstka.Wliczając gitare Mike’a…

Mam nadzieję,że się podobało... ;)